Sama nie wiem... Do pierwszej i drugiej klasy podstawówki chodziłam właśnie na wsi, dokładnie w Liwie pod Węgrowem. Mieszkaliśmy pośrodku pola na końcu wsi, tam już przysłowiowe wrony zawracały;) Zimą mróz był taki, że termometry pękały bo brakowało skali a zające i inne dzikie zwierzęta podchodziły pod okna. Paliliśmy w kuchni miałem, bo to były ciężkie czasy i na węgiel brakowało nam pieniędzy, tata nie miał zbyt wiele pracy, jak to na wsi... Mama zajmowała się chałupnictwem aby dorobić. Pamiętam jak zimą jechała z tatą "maluchem" na zakupy i ładowali ile się dało, żeby starczyło na tydzień. Pamiętam też beztroskie zabawy w polach łubinu i wszelakich zbóż, obok nas mieszkała moja siostra cioteczna z mężem i dwoma synami. Nigdy się nie nudziliśmy, zawsze mieliśmy co robić;)
Patrzę dzisiaj na Paulinkę jak każda nowa umiejętność przychodzi jej z trudem. Paulinka jest dzieckiem z autyzmem atypowym/typowym, jak go nazwą specjaliści to nie ma znaczenia dla mnie, kocham ją tak samo. Ale widzę jak się męczy, jak ciężko jej wykrzesać coś z siebie gdy jest zamknięta w czterech ścianach bloku. Co chwila pyta mnie co to za dźwięk, co tak hałasuje... Jak jej wytłumaczyć, że ludzie muszą wiercić, kąpać się, utłuc schab na kotlety? Paulinka nie potrafi powiedzieć ile ma lat... Nie umie zadawać pytań poza standardowymi: to powyżej, gdzie jest mój piciu/kubek, gdzie jest mój piesek... Jest nadpobudliwa, robi sobie często krzywdę bo nie radzi sobie z emocjami. Chociaż nie, ostatnio nauczyła się krzyczeć, zdziera gardło maksymalnie albo nas popycha, uderza... Jak więc jej wytłumaczyć wydawało by się tak proste rzeczy? Dla niej są one bardzo trudne do pojęcia.
Wszelkiego rodzaju terapie pomagają, owszem ale to jest tylko terapia, która ma szansę jej pomóc w innych warunkach. Każdy najmniejszy kroczek nas cieszy ale dołują następne 3 kroki w tył. Mamy za to w pamięci ostatni urlop, jechaliśmy tam w stanie regresu, najpierw tydzień nad morzem a potem 2 tygodnie na działce moich rodziców. Zrobiliśmy prawie 2000 tysiące km w te 3 tyg. Widzieliśmy dziecko obcujące z przyrodą w sposób naturalny! Jakby była zdrowa, poza swoimi rytuałami w różnych sytuacjach brak było w niej agresji, tych wszystkich zachowań, które nas męczą i sprawiają ból. Bo boli nas widok dziecka uwięzionego w szponach chorego mózgu. Mózgu, który wszystkie bodźce przetwarza inaczej niż u zdrowego człowieka/dziecka.
Jesteśmy zmęczeni, czujemy się jak więźniowie w wynajmowanym mieszkaniu, jak na obczyźnie. Znajomych garstka, gdzieś porozsiewani, sąsiedzi żyją swoim życiem jak to w blokowisku. Jest jeszcze pies, adoptowany po przejściach, który nie radzi sobie w tym więzieniu zupełnie jak my. Rwie się na spacer, szelki czy obroża wpijają się w jego ciało boleśnie. Widać, że łaknie swobody, jak tylko na chwilkę go spuścimy ze smyczy biega radośnie w kółko, podskakuje, węszy... Niestety też rzuca się na inne psy z zębami co go znów dyskwalifikuje do sąsiedzkich przechadzek z innymi pobratymcami... Więc wychodzimy na spacerki w godzinach względnie spokojnych aby na 5 minut odpiąć smycz i dać mu tę chwilkę radości. Ale to zbyt mało bo wraca i znów ma smutny pyszczek. I tak leży pod drzwiami balkonu i patrzy na ulicę tęsknym wzrokiem a na ów balkon nie wejdzie ze strachu, bo pamięta kraty ze schroniska, kojec z hotelu dla psów, gdzie czekał na adopcję. Rico to lustrzane odbicie Paulinki, rozbiegany, skaczący jak piłeczka pingpongowa i łapiący w locie piłkę, którą sam sobie podrzuci:) Widzę go biegającego po podwórku tudzież pobliskich łąkach czy polach, szczęśliwego z jęzorem na wierzchu jak potem pada na beton przed domem i zasypia w słońcu... Oj lubi wygrzewać się na słoneczku nasz Rikuś.
Wierzą w tę dobrą karmę, że musi się w końcu nasze życie odmienić, że nie może być ciągle pod górę w pocie czoła, że możemy się jeszcze cieszyć z własnego towarzystwa a nie licytować, kto jest bardziej zmęczony i kto robi więcej.
Że natura, otoczenie i inny świat wprowadzi od nowa równowagę w nasze życie.
Tak bardzo chcielibyśmy być zwykłą rodziną 2+1+pies, być może jeszcze kot... Pogadać z sąsiadem zza płota, skoczyć do lasu na grzyby czy jagody po południu albo podejść nad rzekę na ryby.
Wsiąść na rower i pojechać do sklepu, żeby tam zabawić chwilę i poplotkować ze sprzedawczynią.
Skopać ogródek pod pomidory i inne warzywa, skosić trawę i upajać się jej zapachem...
Widzieć bezkres pól z własnego podwórka...
Tak właśnie widzę spokój ducha. Tego nam trzeba, całej czwórce.
Mój tata tylko raz mnie zapytał: nie lepiej Wam przyjechać do nas? Do Warszawy? Nie po to stamtąd uciekłam do Częstochowy, żeby tam teraz wracać. Ale mojemu tacie wybaczam, bo potrafi wiele rzeczy zrobić sam, bo całe życie mieszkaliśmy w domu z ogródkiem, nie jednym bo przeprowadzaliśmy się kilka razy w czasach mojego dzieciństwa. Już jesteśmy umówieni, że zrobi nam ogrodzenie, podłogi, postawi ściankę gdzie trzeba i ją otynkuje;) Pamiętam jak wprowadziliśmy się do przedwojennego domu, gdzie grzyb na ścianach sięgał 1,5 metra. Tata sam przebijał półmetrowe mury na wylot i robił izolację poziomą z papy i lepiku. Jak zmywali z rodzicami szarym mydłem farby klejowe ze ścian, bo nie dało się tego pomalować, każda emulsja odłaziła płatami. Pamiętam jak wynosili wiadrami te zmyte farby bo warstw było 7... Ale pamiętam też węglową kuchnię, która stoi do dziś i z podkowy ogrzewa mieszkanie i wodę w bojlerze, jak zimą wspaniale ogrzewało się zmarznięte dłonie i stopy o kafle;) Umiem palić w piecu od dziecka, umiem narąbać drzewa, palić węglem, tego mnie rodzice nauczyli. Umiem uprawiać ogród, siać, robić rozsady, mało tego uwielbiam grzebać w ziemi;) Mogłabym godzinami siedzieć w ogrodzie i dopieszczać każdą roślinkę. W domu i na balkonie nie mam wiele roślin, bo uważam, ze się męczą w plastikowych skrzynkach. Powinny rosnąć wolno i zapuszczać korzenie tak głęboko jak tego potrzebują.
Mam nadzieję, że i my w końcu zapuścimy korzenie w jednym, wymarzonym miejscu. Tam gdzie natura jest na wyciągnięcie ręki a my jesteśmy jej częścią i żyjemy w zgodzie z nią.
Jutro J ma wizytę w banku a ja szukam pomysłów na urządzenie wnętrza z kuchnią węglową. Jakie płytki, czy dechy czy co tam jeszcze innego, wiem, ze pod kuchnią jest piwnica i w podłodze zejście do niej, a kafle są w spokojnym przydymionym różu...
Mieszkam na wsi z naszym autystycznym synkiem i dzielimy dom z rodzicami. Są plusy i minusy. Czasem bywa ciężko. Będę Wam dopingować :)
OdpowiedzUsuńDziękuję:) My będziemy sami, moi rodzice rozumieją stan w jakim znajduje się Paula, a mieszkają w mazowieckim (ja warszawianka jestem z urodzenia), moja teściowa nie bardzo;) Mieszkaliśmy jakiś czas razem ale woleliśmy się wynieść i wynajmujemy mieszkanie w bloku... Mam porównanie jak mała zachowywała się na działce u rodziców, przez 3 tygodnie to było inne dziecko. Liczę tylko na to, że adhd spożytkuje na polu;)
OdpowiedzUsuń