Jest taka reklama... najpierw szukanie wymarzonego domu, potem negocjacje cenowe i wreszcie kredyt hipoteczny... Dokładnie tak to wygląda tyle, że nasze szukanie domu zaczęliśmy już w zeszłym roku, badając rynek, ceny i ich spadek, po drodze tracąc jedną ciekawą lokalizację ale to nam tylko dało do myślenia. Skoro jest coś co jest skrojone pod ciebie to zawalcz. I tak się stało, po obejrzeniu pewnej nieruchomości trafiliśmy na ogłoszenie, które gdzieś tam się nam przewijało już w zeszłym roku. Pojechaliśmy obejrzeć i okazało się, że to coś dla nas. Mały biały domek. Niewiele do zrobienia, ot wymiana płotu od frontu, wstawienie porządnej furtki i bramy, rozbiórka starego domu właścicieli i odświeżenie tego, w którym ciągle ktoś mieszka a tym samym ogrzewa i dba o niego. 100-metrowa stodoła... Burza mózgów skąd wziąć pieniążki na opłaty kredytowe ale to akurat najmniejszy problem, trochę odłożonego ostatnio grosza, opcja wyceny też jest otwarta, jeśli rzeczoznawca uzna, że nieruchomość jest więcej warta cena jaką mamy zapłacić to w kredycie znajdą się tez pieniążki na opłaty. Jesteśmy więc po negocjacji prowizji dla biura nieruchomości i na etapie podpisania umowy z tymże biurem, ponieważ oferta była na wyłączność. Dzięki temu ogłoszenie zniknęło z internetu a my ruszamy z załatwianiem papierków. Jako że nie mamy ślubu Jacek wziął kredyt na siebie jako singiel. Zdolność jest, teraz czas na dokumenty i podpisanie umowy przedwstępnej.
CDN...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz